Nazywam się Andrzej. Urodziłem się w 1959 r. Jako półroczne dziecko zostałem adoptowany. Wychowywałem się w rodzinie robotniczo-chłopskiej, uczęszczającej do Kościoła Katolickiego i przestrzegającej wszystkich zasad tego kościoła.

Już jako młody chłopiec czułem, że nie pociąga mnie ta religia. Godziłem się na uczestnictwo we wszelkich obrządkach i uczęszczanie na nabożeństwa. Jednak, kiedy kończyłem szkołę zawodową, pojawiła się we mnie wielka odraza i bunt do wszystkiego, co robię i co mi każą robić. Stałem się człowiekiem niesfornym, nieznośnym i buntowniczym. Zacząłem szukać różnych form życia, nie myśląc w ogóle o Bogu. Kiedy podjąłem pierwszą pracę jako kierowca, przeżywałem w niej same niepowodzenia. Zwolniłem się więc i wyjechałem daleko do domu – na Śląsk do kopalni „Szczygłowice”. Uważałem wtedy, że jest to najlepsze i najrozsądniejsze wyjście z sytuacji. Myślałem wtedy, że wszystkie moje niepowodzenia pozostawiłem za sobą.

Na początku układało mi się dobrze. Pracując w kopalni poznałem dużo ludzi. Jednak z czasem pojawił się w moim życiu alkohol i zacząłem robić wiele niemądrych rzeczy. Dopadły mnie nowe kłopoty, miałem dość, dlatego porzuciłem pracę na kopalni i wróciłem w rodzinne strony, w okolice Siedlec.

Po powrocie podjąłem pracę, jako kierowca i tam poznałem swoją pierwszą żonę. Niestety to małżeństwo nie trwało zbyt długo - zaledwie trzy lata, a potem rozstaliśmy się. Od tego czasu coraz częściej zaglądałem do kieliszka i zacząłem palić papierosy. Nie chciałem widywać się w zakładzie pracy z byłą żoną, więc i tym razem odszedłem z pracy.

Pewnego razu zawitał do Siedlec cyrk. Dowiedziałem się, że potrzebowali kierowców i bez namysłu, szukając ucieczki od problemów i szukając nowych rozwiązań, przyjąłem się do pracy. Miałem wiele satysfakcji z tej nowej pracy, wciąż odwiedzałem nowe miasta i nawiązywałem nowe znajomości. Jednak szybko nadeszła jesień, a z nią koniec zatrudnienia, gdyż była to praca sezonowa. W tym czasie poznałem nową przyjaciółkę. Zamieszkaliśmy razem, planując wspólne życie i szczęśliwą przyszłość – ale i te plany okazały się wielkim niepowodzeniem. Szukając mieszkania i ustabilizowania swojego życia, poznałem swoja obecną żonę Teresę. Wspólnie zamieszkaliśmy w Jarosławiu. Po upływie roku, ponownie wyjechałem na Śląsk. Zamieszkałem w Piekarach Śląskich i podjąłem pracę w kopalni „Rozbark” w Bytomiu. Minął kolejny rok i udało mi się przywieźć żonę i córkę na Śląsk, byśmy mogli razem mieszkać.

Mimo, że zamieszkałem w Piekarach Śląskich – w mieście ze słynną bazyliką, znanym z kultu Maryjnego, gdzie dwa razy do roku przybywają wielkie tłumy pielgrzymów, nie miało to dla mnie większego znaczenia i nie chciałem brać udziału w nabożeństwach.

Po jakimś czasie pracy w kopalni miałem wypadek i trafiłem do szpitala górniczego w Bytomiu. Lekarze podjęli decyzję o amputacji nogi, ale ja nie zgodziłem się. Po półrocznej hospitalizacji, ku wielkiemu zdziwieniu lekarzy, zacząłem chodzić. Jednak po tym wypadku nie mogłem już powrócić do pracy pod ziemią w kopalni, ze względu na ciężkie warunki pracy. Dlatego oddelegowano mnie do kopalni „Andaluzja” w Piekarach Śląskich i zostałem przeniesiony do pracy lekkiej na powierzchni. Przyjęto mnie na stanowisko strażnika w Straży Przemysłowej. W trakcie tej pracy poznałem nowych kolegów, którzy lubili często pić alkohol. Oczywiście, także i ja uczestniczyłem w tych biesiadach. Zdarzało się to coraz częściej i przysparzało mi coraz więcej kłopotów, zarówno w pracy, jak i w domu. Po jakimś czasie zauważyłem, że muszę uwolnić się z tego środowiska i alkoholu, dlatego odszedłem z tej pracy.

Zatrudnienie znalazłem przy produkcji i montażu plastikowych okien. Wydawało mi się, że jest to praca moich marzeń. Jednakże firma miała problemy finansowe i szybko zaczęła się rozpadać. Dlatego pracę znalazłem w drugiej firmie pracującej w tej samej branży. Pracowałem sumiennie, ale zdarzało się, że po pracy szedłem z kolegami napić się alkoholu. I po raz kolejny zaczęły się pojawiać nowe i coraz większe kłopoty. W tym czasie mieliśmy już czworo dzieci. Starałem się zapewnić im byt, ale było coraz trudniej. W końcu, po siedmiu latach pracy, nie przedłużono mi umowy o pracę i musiałem odejść – wtedy zaczął się najgorszy koszmar mojego życia. Brakowało nam na jedzenie, szczególnie dla dzieci. Zacząłem więc kraść, aby przeżyć kolejny dzień. Pojawiły się kłopoty z prawem, nachodziła mnie policja. Ale ja i tak dalej robiłem, co robiłem i nie przejmowałem się tym.

W nocy, z 1-go na 2-go marca 1998 roku, poszedłem ukraść przewód elektryczny wysokiego napięcia. Wszedłem na maszt, gdzie zostałem porażony prądem 64 kV. Kiedy spojrzałem na swoje ręce, zdałem sobie sprawę, że prawą rękę trzeba będzie amputować. I gdy tak patrzyłem na te moje poparzone ręce, powiedziałem całkiem spokojnie: „Tak żeś Panie Boże chciał. Tak żeś sobie wziął, abym nie robił tego więcej”. Wtedy pojawiła się wielka niesamowita jasność i usłyszałem głos, który mówił do mnie: „Żyłeś jak obłudnik i nędzarz, teraz będziesz już żył inaczej” – ale ja z tych słów niewiele zrozumiałem i nie wiedziałem skąd pochodzą, wydawało mi się jakoby to był sen. Kiedy ściągnięto mnie z masztu, trafiłem do Szpitala Urazowego w Piekarach Śląskich. Tam udzielono mi pierwszej pomocy, a następnie przewieziono do Szpitala Oparzeniowego w Siemianowicach Śląskich. Wczesnym rankiem, około godziny trzeciej, lekarze dokładnie zbadali mnie i obejrzeli rany, sprawdzili funkcje życiowe. Stwierdzili, że po porażeniu tak wysokim prądem przeżyję jeszcze maksymalnie trzy doby, zanim nastąpi zgon. Jednakże Bóg uczynił inaczej, wzmocnił mój organizm i użył mnie jako świadectwo dla tych lekarzy. Mianowicie, kiedy tego samego dnia, około godziny 10, ponownie zaczęto mnie badać, pan Ordynator oddziału oparzeniowego, w obecności tych samych lekarzy, którzy badali mnie za pierwszym razem, zmienił swoją diagnozę. Wszyscy mogli dostrzec duże zmiany, które w ciągu tych kilku godzin dokonały się w moim organizmie. Mój stan był jednak nadal bardzo poważny. Pan Ordynator poinformował mnie, że leczenie szpitalne może potrwać bardzo długo, nawet półtora roku oraz że trzeba niezwłocznie amputować moją prawą rękę. Przyjąłem tą wiadomość z całkowitym spokojem. Wiedziałem, że trzeba to zrobić jak najszybciej. Oddałem się w ręce lekarzy i pod wolę Bożą.

Następnego dnia, w godzinach przedpołudniowych, odwiedziło mnie dwóch mężczyzn, których kiedyś przelotnie poznałem. Zapytali mnie, czy chciałbym czytać Biblię – prawdziwe Słowo Boże. Z przyjemnością przyjąłem tą propozycję i już kolejnego dnia Olek przywiózł mi Biblię. Pacjenci, którzy leżeli ze mną na sali, byli zszokowani - jak będę czytał? Ale i na to Bóg dał odpowiedź. Poprosiłem żonę, by kupiła w kiosku ołówek z gumką. Wszyscy się z tego śmiali: „Jak będziesz pisał, skoro nie masz rąk?” – ale mnie nie przeszkadzały te ich uwagi. Gdy moja żona wrócił z ołówkiem, podała mi go do ust, a ja, ku wielkiemu zdziwieniu wszystkich, za jego pomocą zacząłem obracać kartki w Biblii. W taki sposób zaczęła się moja droga z Panem Jezusem. Właśnie tego dnia oddałem w modlitwie swoje życie, grzechy i troski Panu Jezusowi Chrystusowi. 6 marca, w kilka dni po wypadku, Pan Jezus uwolnił mnie całkowicie od nałogu palenia papierosów.

Cały proces mojego leczenia przebiegał niesamowicie szybko. W dzień po zabiegu, kiedy ściągnięto opatrunki, miejsca po amputacji i inne rany wyglądały, jakby już trzy tygodnie się goiły. W sumie przeszedłem dwie amputacje prawej ręki – całkowicie i lewej przed łokieć oraz wiele przeszczepów skóry w miejsca wypalone przez prąd, w szczególności na stopach. Po dwóch miesiącach pobytu w szpitalu, otrzymałem przepustkę od pana Ordynatora na trzy dni pobytu w domu – 1 do 3 maja. Później wróciłem do szpitala. Po dokładnych badaniach, ku mojej wielkiej radości, pan Ordynator pozwolił mi pojechać do domu. Ostatecznie 13 maja 1998 roku wypisano mnie ze szpitala. Wszyscy lekarze, biorący udział w moim leczeniu byli zadziwieni – po pierwsze, że w ogóle przeżyłem taki wypadek, po drugie, że nie widzieli jeszcze nikogo, kto tak szybko zostałby wypisany. Do chwili obecnej ci lekarze nie potrafią sobie tego wytłumaczyć. Ale ja już wtedy wiedziałem, że jest w tym ręka Boża. Przekonywało mnie do tego Słowo Boże, które codziennie czytałem. Moje życie zmieniło się radykalnie – całkowicie w dobrą stronę.

Pierwsze moje kroki skierowane były do zboru Wolnych Chrześcijan w Bytomiu. Przez półtora roku jeździłem tam regularnie na nabożeństwa niedzielne i czwartkowe. Później przestałem, ale cały czas czytałem Boże Słowo. Po jakimś czasie wraz z rodziną zmieniliśmy mieszkanie i wtedy poznałem grupę ludzi uczęszczających do Kościoła Zielonoświątkowego. Po kilku spotkaniach z nimi, pojechałem do Zboru w Tarnowskich Górach. Już zaraz po wejściu do budynku poczułem niesamowite poruszenie mojego serca. Wydawało mi się, jakbym unosił się w powietrzu, a nie chodził na własnych nogach. Trwało to przez całe nabożeństwo, aż do chwili, kiedy poszedłem na przystanek komunikacji miejskiej – dopiero po upływie jakiegoś czasu zacząłem reagować na głosy innych ludzi. Przez cztery kolejne lata Pan Jezus Chrystus potwierdzał swoją obecność w moim życiu i przemienił całkowicie moje prywatne życie. Chrzest wiary przyjąłem 21 lipca 2002 r. Od tego dnia moja wiara ciągle wzrasta, a miłość Boża wypełnia moje serce.

Ktokolwiek będzie czytał to moje świadectwo niechaj wie, że tylko w Bogu naszym, Panu Jezusie Chrystusie możemy pokładać swoją nadzieję. On jest prawdą i życiem. W Psalmie 23, Dawid napisał: Pan jest pasterzem moim, Niczego mi nie braknie. I ja potwierdzam te słowa. Nie zabraknie nikomu niczego, jeśli odda w modlitwie swoje życie w ręce Jezusa Chrystusa, jako swego Pana i Zbawiciela. Bóg kocha każdego dobrego i złego, u niego wszyscy są równi. Proszę was, abyście wszyscy nauczyli się żyć w prawdzie i miłości Bożej, a poznacie dobroć i miłosierdzie. Drogi przyjacielu, nie możesz zostać obojętny na słowa zapisane w tym świadectwie. W Twoich rękach jest sprawa życia lub śmierci i to nie obcego człowieka, ale twojej własnej osoby. Jeżeli przyjmiesz Jezusa Chrystusa, który dziś stuka do drzwi twego serca, będziesz uratowany i otrzymasz nowe życie – i to nie byle jakie, ale życie wieczne, w którym już nigdy nie będziesz sam. Na każde pytanie odpowie Ci Jezus – czy to przez modlitwę, czy to przez Słowo Boże. Nie musisz w tej chwili niczego innego robić, jak tylko odpowiedzieć na ten cichy głos, który słyszysz w swoim sercu – przecież to jest proste powiedzieć swojemu sercu: od dziś należę do Chrystusa. Ale jeżeli nie potrafisz tego uczynić, to właśnie w tej chwili wydałeś na siebie wyrok śmierci. Decyzja, co uczynisz ze sobą i jaką wybierzesz drogę należy do Ciebie.

 

Andrzej

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

JSN Epic template designed by JoomlaShine.com